Mędrcy też kłamią
Błędnik środa, 28 lipca 2010Mędrcy także kłamią i właściwie nie ma w tym nic dziwnego, bo im człowiek bardziej inteligentny, tym ma lepsze narzędzia do oszukiwania swoich bliźnich. Wiadomo, że wśród istot żywych najtrudniej jest się wykręcić od prawdy osobnikom najgłupszym. Gdyby koń umiał udawać, że nie nadaje się do żadnej roboty, nikt by go nie zaprzęgał do pługa czy wozu. Małpa jest sprytniejsza i dlatego nigdy dla nas nie pracowała. Koń po grecku nazywa się alogo; łatwo zgadnąć co to znaczy. Ale wracajmy do mędrców. Z zaciekawieniem przeglądam w internecie strony dotyczące oszustw naukowych. I tak w XIX wieku Vaclav Hanka, profesor Uniwersytetu Praskiego, przy tym poeta sfingował epos opowiadający rzekomo najstarsze dzieje Czech. Nazwał go Rękopisem królodworskim, bo pergamin z tekstem miał odnaleźć na wieży kościółka w miejscowości Dvur Kralove, czyli w Królewskim Dworze (nad Łabą). Zresztą fałszywy Rękopis odegrał pozytywną rolę w budzeniu świadomości narodowej Czechów, analogicznie jak to było z Kalewalą w Finlandii, tyle że Kalewala nie miała cech mistyfikacji. Z kolei Charles Dawson, Anglik, członek Królewskiego Towarzystwa Geologicznego spreparował w roku 1912 czaszkę hominida, który stanowił niby to „brakujące ogniwo” między małpą i człowiekiem. Dawson ogłosił, że odkopał tę skamieniałość w Piltdown w hrabstwie Sussex. Dopiero w drugiej połowie XX wieku „człowieka z Piltdown” zdemaskowano jako kompozycję czaszki współczesnego Homo sapiens, żuchwy orangutana i zębów szympansa, sprytnie do siebie dopasowanych i wspólnie spatynowanych przy użyciu roztworu kwasu żelazowo-chromowego. Inny przypadek: uczony o tak nieposzlakowanej opinii jak Zygmunt Freud opisał wyleczenie przy pomocy psychoanalizy niejakiej Anny O. Miał ją wybawić od nękającej ją histerii, a naprawdę wtrącił pacjentkę w głęboką psychozę, co spowodowało zamknięcie Anny O. na dłuższy czas w zakładzie dla obłąkanych. Idźmy dalej: niezłym oszustem był prof. Trofim Łysenko, dyrektor Instytutu Genetyki Akademii Nauk ZSRR, kawaler ośmiu Orderów Lenina, laureat trzech Nagród Stalinowskich itd. Kwestia „łysenkizmu” jest szerzej znana, więc nie będę jej tu specjalnie oświetlał. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że Łysenko zniszczył sowieckie rolnictwo na całe lata 40. i 50. Inny pomylony genetyk nazywał się Woo Suk Hwang i działał w Korei Południowej. W roku 2004 ogłosił na łamach czasopisma „Science”, że sklonował z powodzeniem pierwsze zarodki ludzkie. Po dwóch latach był zmuszony przyznać się do oszustwa. Stracił tytuł profesorski i posadę na Uniwersytecie Seulskim. Również na łamach „Science” lubił się ogłaszać niemiecki fizyk Jan Hendrik Schön, pracujący w Laboratorium Bella w amerykańskim stanie New Jersey. Schön miał skonstruować nanotranzystor wielkości jednej molekuły. Tak rewelacyjne osiągnięcie wzbudziło sensację i sprawiło, że postanowiły je zrekonstruować laboratoria na całym świecie. Niestety coś w opisie nanotranzytora szwankowało i wkrótce wyszło na jaw, że Jan Hendrik jest hochsztaplerem. I tyle na razie o „głupich uczonych”, mędrcach-oszustach. (Kiedyś może wrócę do tego tematu.)
lipiec 28th, 2010 o godzinie 09:27
Mogę tylko współczuć tym ludziom. Widocznie nikt im nie mówił, ze są najcudniejsi na świecie, jedyni, kochani, niepowtarzalni. Tacy, jacy są. Mówię to codziennie mojemu synowi, chociaż ma już prawie dziewiętnaście lat. Jest młodzieńcem pogodnym, szczęśliwym, jak twierdzi, i co ważne otwartym, a także ambitnym.Lubi sam siebie, lubiany przez rówieśników, bez zahamowań.
Pozdrawiam, Maryla
lipiec 28th, 2010 o godzinie 13:21
Jeśli każdy jest jedyny i niepowtarzalny, to co w tym wyjątkowego?
lipiec 28th, 2010 o godzinie 15:19
Wyjątkowe jest to, że ten KTOŚ, jest moim odniesieniem, miarą, drogą, dążeniem, pracą ponad zmęczenie, spokojem, nadzieją i siłą dorodnego dęba. bez NIEGO świat nie miał by takiej barwy, dźwięku i pędu do przodu. To potęga miłości, największa siła w moich tylko kobiecych dłoniach.
Pozdrawiam, Maryla
lipiec 29th, 2010 o godzinie 06:28
Panie Robercie, strzał w dziesiątkę!
lipiec 29th, 2010 o godzinie 15:04
dość fajna jest zasada spokojnego zaufania, dopuszczającego jednak wszystkie możliwości,
bo przecz żyć w wiecznej podejrzliwości, jak i w świętej naiwności, niepodobna
obrazkowo myślę sobie tak: na wszelki wypadek trza swój ciężar rozłożyć najpierw na własne nogi i częściowo na kij wędrowca. lepsze to, zdaje się, niźli oprzeć się w całości, aż dojdzie do dystrofii mięśni.
kiedy postawa jest w miarę pionowa, a nogi kontaktują się z gruntem rzeczy, złamany lub spaczony kij, spokojnie można odrzucić i rzec światu - oparłem się na marnym narzędziu.
jeśli zaś nie stoi się najpierw na własnych nogach, a zawisa między kulami (odważę się rzec, że nawet kulami u nogi), przy złamaniu owych, praska się mordą w grunt, co w sumie też ma jakieś swoje plusy, bo dotkliwe nauczki są dobrze zapamiętywane
Pozdrawiam
lipiec 29th, 2010 o godzinie 15:12
dodam jeszcze
tak sobie myślę, że narzędzi winno się używać (myślę również o tych stworzonych przez innych ludzi narzędziach umysłu), używać, ale nie ufać im bezwiednie i odruchowo, bo może dojść do takiego momentu, kiedy kontrolki zamigają, samochód ani drgnie, a my w bagażniku nie wieziemy ani kawałka śrubokręta.
choć teraz, psiakość, to tylko serwisy są zdolne naprawić te elektronickie cacuszka, wiec i wkrętak tu na nic