Mój rok 1981
Błędnik niedziela, 23 marca 2008
Rząd postanowił wziąć naród głodem. Obraził się na Polaków, którzy już w liczbie 10 milionów wstąpili do „Solidarności”. W państwowych sklepach spożywczych – demonstracyjne pustki. W telewizji Jerzy Urban zapewnia, iż sam rząd „na pewno się wyżywi”. „My” i „oni”: od iluż to pokoleń trwa nad Wisłą antagonizm poddanych i władzy? Przed komunizmem była okupacja, przed okupacją – półdyktatura sanacyjna, przed nią – zabory. A jeszcze dawniej – niewola pańszczyźniana i upadek samorządu miejskiego. I tak to się wlecze do dziś.
Marzec 81-go. Partiami przeglądam słownik kaszubsko-polski (lubię czytać różne słowniki, od deski do deski). „Dzeus” to po kaszubsku nie grecki bóg, ale nazwa „dziewczyny”. „Fąfa” znaczy „wścibski”, „gbur” – „chłop” (z niemieckiego Bauer), „lola” – „dureń”, a na przykład „mega” – „komar”. To, że mały komar jest „mega”, nie wynika wcale z jakiejś skłonności Pomorzan do paradoksu, ale z lokalnej oboczności „megania” i „migania” (owady jak wiadomo migają, śmigają).
1 kwietnia 81-go. Prima aprilis. Ale to, że właśnie dziś zaczął się ukazywać „Tygodnik Solidarność”, to nie prima aprilis. „Tygodnik” to pierwsze w komunizmie legalne pismo opozycyjne (jeśli nie liczyć „Tygodnika Powszechnego”). A dzieje się jeszcze więcej: bo w „Solidarności” znalazło się miejsce także dla mnie. Na dobre więc żegnam się z moim inżynierstwem (oraz Instytutem Kształtowania Środowiska). Dostałem w „Tygodniku” pracę w dziale listów, którym kieruje Wanda Wojnicz (zamaszysta baba, sympatyczna, silnie ufarbowana na czarno, straszna palaczka), była szefowa biura Związku Literatów (gdzie wciąż figuruję w Kole Młodych).
Listy w „Tygodniku” mają być traktowane z dużą powagą, jako głos własny owych 10 milionów „solidariuszy”, dotąd zakneblowanych, vox populi. I mają one zajmować całą tylną okładkę, oraz przewijać się przez wnętrze każdego numeru, od początku do końca, górą, czy bokiem stron.
Maj 81-go. „Tygodnik” ma już pięćset tysięcy nakładu, a miałby ze trzy miliony, gdyby nie ograniczenia w dostępie do papieru, państwowych drukarń i tak dalej.
Wciągnąłem do „Solidarności” żonę, która z jej językiem niemieckim znalazła miejsce w sekretariacie redaktora naczelnego, Tadeusza Mazowieckiego.
Czytam co dzień około stu stron korespondencji, przeważnie rękopiśmiennej. Redaguję, z przeznaczeniem do druku, plus minus jeden list na 50. Większość listów jest o niczym – o tym, że trudno żyć… Do redakcji nadchodzi też mnóstwo przesyłek od różnych pomyleńców, pieniaczy, nawiedzonych wynalazców, no i od literatów.
Spośród literatów, mnie przypadają sami amatorzy, bo nie-amatorzy trafiają do działu kultury (zresztą po nic: jako że jest to u nas jeden więcej dział polityczny).
Moi pisarczykowie są w większości emerytami. Mężczyźni celują w wierszowanym felietonie obywatelskim, nazwijmy to tak, kobiety – w grafomanii religijnej. (Wanda Wojnicz nie zgadza się absolutnie, byśmy drukowali cokolwiek z tego folkloru.)
30 maja 81-go. Wiem z listów, że chłopcom, którzy się teraz rodzą, daje się chętnie, na cześć „Solidarności”, imię Solidariusz, ze swojskim zdrobnieniem Darek.
Człowiek to zwierzę ideologiczne. Kiedyś czytałem, że w czasie rewolucji rosyjskiej popularne były takie imiona jak Era, Proletariat, Lenin (i na wspak Ninel, dla dziewczynek), ewentualnie Elektryfikacja (słynne było leninowskie hasło: „Socjalizm to władza rad plus elektryfikacja kraju”).
Ideologiczne są także, o czym zwykle nie myślimy, imiona chrześcijańskie. Moje na przykład, Maciej, znaczy dokładnie Dar Boga, po hebrajsku Mattithyah. Maciej równoważny jest zatem greckiemu Teodorowi (Theos + doro, „Bóg” i „dar”), albo Dorocie (Doro + theos), no i zapewne słowiańskiemu Bożydarowi.
Wrzesień 1981 r. Przygarnęliśmy burego kotka z podwórka i daliśmy mu proste imię Kot. Po co mu inne nazwisko, gdy ma być jedynym przedstawicielem swego gatunku w naszym domu?
W „Tygodniku Solidarność” – już rutyna. Romantyzm początków błyskawicznie wyparował. Obowiązuje lista obecności i subordynacja. Pismo jest zarządzanie niedemokratycznie; nie ma tu żadnych zebrań zespołu. Decyzje podejmuje naczelny i jego dwóch zastępców, Bohdan Cywiński i Waldemar Kuczyński. Między górą a dołem iskrzy; dół reprezentowany jest przez komórkę związkową „Solidarności”. („Solidarność” w „Solidarności” to chyba coś takiego jak P.O.P w partyjnej „Trybunie Ludu”?)
Ja wywalczyłem sobie tutaj pewną autonomię. Wanda Wojnicz wierzy w to, że jestem i będę poetą i pozwala mi na elastyczne gospodarowanie czasem. Nie muszę odbębniać godzin przy biurku. Raz na dwa dni biorę swoją porcję listów i ruszam w świat. Czytam i redaguję korespondencję w domu, w tramwajach, w bibliotece, w parku. W ruchu. Na wolności.
Październik 81-go. W tramwajach i ogólnie w miejscach publicznych zaczęło śmierdzieć. Polacy przestali się myć. Ba, ale od pewnego czasu mydło jest w Polsce wyłącznie na kartki!
W kraju w ogóle coraz większy chaos. „Bo teraz Wałęsa rządzi, a rząd się wałęsa”, jak mówią dowcipni ludzie.
„Solidarność”, organizacja niewątpliwie socjalistyczna, lecz antytotalitarna, nie daje się uzgodnić z Peerelem… Czy do pomyślenia jest pozytywna reforma totalizmu? Czy dałby się on przekształcić w jakąś „komunistyczną monarchię konstytucyjną”? Z pierwszym sekretarzem, który „reprezentuje”, ale już nie ma realnej władzy? Rzecz wydaje się groteskowa, lecz w historii polityki zdarzały się przecież najniezwyklejsze zwroty. (Dopisek z roku 2000. W Chinach doszło właśnie do urynkowienia maoizmu. Mao Zedong nadal pozostaje tam świętym, partia komunistyczna sprawuje monopol ideologiczny, ale nie przeszkadza to w zupełnym uwolnieniu wytwórczości oraz handlu. Doszło więc do fuzji komunizmu z kapitalizmem.)
Listopad 81-go. Douczałem się dziś w Bibliotece Miejskiej przy Koszykowej: czytałem Arystotelesa „Opowieści zdumiewające”, księgę bajecznych kuriozów. Nie do wiary, ale i takie rzeczy pisywał, czy spisywał Stagiryta. Interesowało go wszystko, niedorzeczność tak samo jak dorzeczność. Najwyraźniej nie przejmował się tym, że jest Arystotelesem. Podobno kozy w Kefalenie – mówi filozof – nie piją wody, jak to czynią inne czworonogi, lecz każdego dnia zwracają się jedynie ku morzu i rozdziawiając pyszczki wdychają jego wilgotne powiewy. To im wystarcza.
A oto inne zapiski z tej serii.
(…) Na wyspie Cypr myszy jedzą żelazo.
Powiadają też, iż w miejscowości Skotussie, w Tessalii, jest pewna mała krynica, z której wypływa woda o takich właściwościach, że prędko leczy rany i stłuczenia u ludzi i bydląt, gdy zaś kto włoży do niej kij nie całkiem strzaskany, lecz tylko rozłupany, ten również zrośnie się i powróci do stanu pierwotnego.
W Syrii wśród osłów żyjących dziko – kontynuuje Arystoteles – jeden przewodzi stadu, gdy zaś któryś z młodszych źrebców próbuje pokryć oślicę, przywódca wpada w gniew, ściga tamtego aż go dopadnie, a wówczas schyliwszy się do jego tylnych nóg, pyskiem odrywa mu narządy rodne.
„Opowieści zdumiewające” wyszły w serii Biblioteki Klasyków Filozofii i zostały przełożone przez Leopolda Regnera.
(Diogenes Laertios opowiada w swoich Żywotach filozofów, że Arystoteles seplenił, miał nogi cienkie jak patyki, trefił sobie brodę i nosił liczne pierścienie.)
22 listopada 81-go. Dziś w telewizji, oprócz zwykłej porcji doniesień o strajkach, negocjacjach i reakcjach świata na to, co dzieje się w Polsce, dano też migawkę z życia pewnej kobyły. Otóż ta kobyła, ze wsi Tuławki na Warmii (to niedaleko od mego rodzinnego Olsztyna), zagapiła się i wpadła do starej studni. Po czym przyjechał dźwig z pobliskiego POM-u i zwierzę wydobyto. Kobyła nie poniosła żadnego szwanku, co jest dosyć dziwne, jako że była w ostatnim miesiącu ciąży. Kamera pokazała pysk zadowolonej kobyły.
*
Krytycy, skoro posługujecie się terminem „humor absurdalny” – notuje Wisława Szymborska – wprowadźcie równolegle „absurdalną powagę”! Rozróżniajcie między powagą wyszukaną i prymitywną, beztroską i wisielczą… Z przyjemnością przeczytałabym o „silnym poczuciu powagi” myśliciela Iks, o „perłach powagi” wieszcza Igrek, o „szokującej powadze” awangardzisty Zet… I czemu do tej pory nie ma w pismach humorystycznych „kącika powagi”? A w ogóle – dlaczego mamy tak dużo pism humorystycznych, a tak mało poważnych? Co?
„Lektury nadobowiązkowe”
styczeń 6th, 2009 o godzinie 15:31
And it is possible to find full-size photos somewhere? Thanks the author, very qualitative selection of materials!
styczeń 7th, 2009 o godzinie 13:59
Madonna Anna Baranova: Look under “Carlos Bebecua Madonna of Orgasm Church” (in Google Graphic)